Dlaczego już nie robię selfie

Wyjechaliśmy na wakacje. Oczywiście, że zrobimy setki zdjęć zjawiskowych widoków, dzieł w muzeum, czy apetycznie wyglądającemu jedzeniu. A chwilę później, za pomocą jednego przycisku, obiektyw skierujemy na nas. Widać jedynie naszą twarz i skrawek pięknego świata, w którym się znaleźliśmy. To zdjęcie umieścimy następnie na każdym swoim profilu w mediach społecznościowych, a osoby które nas obserwują, bez większego zastanowienia je przescrollują. Świat nie potrzebuje mojego selfie. Czy ja go w ogóle potrzebuję?

Oswajałam się z robieniem sobie samej zdjęć, kiedy przestano kpiąco mówić słitfocia,
a zaczęto selfie. Wszyscy popularni celebryci robili sobie selfie. Sama miałam wiele
z nich zapisanych jako inspirację – ale do czego miały mnie te piękne twarze inspirować, nie mam pojęcia. W ramach wprowadzenia i krótkiej życiowej retrospekcji – dorastałam w czasach, kiedy media społecznościowe raczkowały. Facebook był dla mnie słabą podróbką Naszej Klasy czy Grona, a posty nie były kontentem, tylko rozmowami z koleżankami, przedłużeniem prawdziwego życia. To był czas, kiedy połowa znajomych na Facebooku zapraszała do polubienia strony Anna Kowalska official photography. W tym okresie robiłyśmy sobie zdjęcia wzajemnie, często umawiając się specjalnie na sesje zdjęciowe. Jak niemal każda z dziewczyn, prowadziłam własnego fotobloga, w gimnazjum to była nasza tablica. Pisałyśmy obszerne wpisy, równie ważne, jeśli nie ważniejsze, co zdjęcie. Niektóre żartobliwe,
o tym, co się wydarzyło dzisiaj w szkole, niektóre filozoficzne, jak na nastolatki przystało. W komentarzach zawsze gromadziły się koleżanki, z zaangażowaniem odpowiadające na nasze przemyślenia. A miałyśmy o czym myśleć. Regularnie po szkole włóczyłyśmy się po okolicy z paczką Maczug i żelek, chodziłyśmy do swoich domów, malowałyśmy się, grałyśmy w SingStara na PlayStation – te wydarzenia też uwieczniałyśmy. Stopniowo, w miarę upływających lat, malały powody do fotografowania się – nie czułam potrzeby uwieczniania kawy czy wyjścia do kina
z przyjaciółką. Tworzenie wspólnych wspomnień z wieloma osobami powoli zaczęło przekształcać się w opowiadanie, co u nas słychać. A co może być słychać, jeśli przestałam się włóczyć po mieście z dychą w kieszeni?

Selfie nie robi się pojedynczo. Selfie powstaje kilka, kilkanaście. Tu mój nos niekorzystnie wygląda. A na tym zdjęciu włosy się dziwnie ułożyły. Czy widać tego pryszcza, czy telefon go już automatycznie wygładził? Zdjęcia zrobionego mi przez drugą osobę nie przypilnuję, jedynie mogę prosić o powtórkę do upadłego, bo może kiedyś uznam, że wyglądam dostatecznie gładko i szczupło. Tylko czy naprawdę potrzebna jest mi ta kontrola, którą selfie oferuje?

Mam pełną kolekcję niepozowanych zdjęć przedstawiających mnie fotografującą coś innego, wszystkie wykonane przez moją przyjaciółkę. W muzeum przed eksponatem, na ulicy, kiedy padał śnieg grubymi płatami, w pokoju hotelowym pod lampą
w kształcie gitary. To są wspomnienia, które chcę zatrzymać.

Ile mojej twarzy potrzeba, żeby zbudować połączenie z ludźmi? Czy zrobiłabym tyle selfie, gdyby nie media społecznościowe – najpewniej nie. Wszystkie te portale miały służyć mi do pokazywania tego, co tworzę. Chcąc się reklamować i podbijać serca algorytmów, wiedziałam, że potrzebna jest twarz. Musicie wiedzieć, kim jestem. Szczęśliwie z mojej aktywności w mediach społecznościowych wynikło wiele ciepłych znajomości. Może większa anonimowość by mi na to nie pozwoliła. Nie poznałabym moich przyjaciółek. Nie stworzyłabym z jedną z nich podcastu, nie poszłabym na wesele drugiej. A może zaprzyjaźniłybyśmy się i z tylko jednym zdjęciem, drobnym dowodem, że jestem prawdziwą osobą po drugiej stronie ekranu?

Moje postanowienie, że nie będę robiła sobie selfie, jest określeniem moich potrzeb,
a nie ostatecznym porzuceniem odwracania kamery w swoją stronę. Czasem trzeba wysłać komuś zdjęcie swojej zmęczonej pracą twarzy. Nie potrzebuję jednak, żeby stać się mielonką dla algorytmów i w nagrodę dostać odrobinę zaangażowania ze strony innych. To, czego chcę, to powłóczyć się z dawno niewidzianymi przyjaciółkami bez ustalonego z góry harmonogramu. Chcę malować obrazy, na które będę patrzyła codziennie w salonie i nie będą wpisywały się w określone trendy czy estetyki. Chcę pisać książki, które mnie rozbawią. Swoje odbicie, zarówno twarz jak i resztę ciała, chcę widywać w szybach witryn sklepowych, wzdłuż których idę do domu. Ani ja, ani świat, nie potrzebujemy widzieć mnie z tak bliska.


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *