Dopaminka

Internet zawsze ci dogodzi. Znajdzie rozwiązanie twoich problemów, potem znajdzie ci nowe, które zostaną na zawsze w twojej głowie, ale czasem też pogłaszcze po niej bezpośrednim zwrotem do ciebie, urywkiem uwagi, namaszczając cię na osobę, którą bogowie algorytmów docenią szybkim zastrzykiem dopaminki. To tylko moment, haj, a potem przychodzi stare i znowu lądujesz na dnie. 

Scrollujesz, śmiejesz się, zazdrościsz, wzruszysz, czasem afirmujesz i marzysz. Znowu widzisz tę rolkę, w której twoje problemy sprowadzono do autoironicznego żartu, dystansującego cię wobec samej siebie. Nic nie jest poważne, wszystko jest kontentem. W końcu sama zbywasz siebie śmiechem. Niekończąca się fala pikseli i głosów steruje twoim układem nerwowym. Zmienia go na zawsze, ucząc ulotności przeżywania oraz tego, że coś jest ważne dopiero wtedy gdy zawiśnie na afiszu, zostanie otoczone uwagą lajków, komentarzy, westchnień. Tym razem nie od ciebie, a dla ciebie. Z tego kręgu zależności pomiędzy niską samooceną a ulotną dopaminką ciężko się wyrwać. Masz tego całego blichtru, nadętej kreacji nienawidzić, ale wciąż mniej niż samej siebie. Masz ciągle wracać po zaspokojenie. 

I

W pewnym momencie mojego życia, po części dzięki obecności na oddziale psychiatrycznym i codziennej pracy nad chęcią mówienia o swoich emocjach
i przeżyciach, złapałam się na tym, jak mało rzeczywiście rozmawiam z ludźmi w życiu prywatnym. Nie słyszę ich głosów, widzę jedynie piksele i odpowiednie emojis, które mają być namiastką tembru głosu i wyznacznikiem emocji konwersacji. Skrótowość
i bezosobowość nagle zaczęły mnie drażnić. Chowasz swoje przyjaciółki w telefonie do kieszonki, ale telefon nagle gaśnie i dystans zaczyna ci doskwierać. Wysyłacie sobie nawzajem tematyczne rolki (#samebestie!), na które odpowiecie albo nie, jak już to
i tak nie od razu, bo życie pochłania i uczy urywkowego przeżywania przyjaźni. Szczególnie tych na odległość. W końcu łatwiej być pikselem, bo będąc dla przyjaciółki, możesz być równocześnie w zupełnie innym wszechświecie. A potem wszystkie autoironicznie się z tego śmiejecie, bo przecież taki już jest ten świat. 

Rolkowe dzielenie się emocjami urosło w pewnym momencie do rangi współczesnej odmiany troski, ale sama czynność już zdążyła stać się memicznym metatekstem. Gdy strumień zostaje przerwany, pojawia się niepokój: czy moja przyjaciółka czasem mnie nie ignoruje? Dystans wobec przeżywania ma nas uratować. Co jeśli dystans wpędza cię w błędne koło uzależnienia od szybkich emocji i skrótowego przeżywania? 

II

Kolejny tydzień na oddziale. Kolejne przeżycia, wiercenie sobie dziury w głowie. Wchodzisz na salę, gdzie już zebrała się grupa, zerkasz na miny pacjentów, zastanawiasz się, z czym dzisiaj przyszli. Gdy przychodzi kolej na ciebie – zamierasz. Otwór gębowy przestał służyć do wyrażania siebie, przesuwasz w głowie kolejne emotki, które najlepiej wyrażałyby twoje przeżycia. Myślisz o sobie w kategorii rolek, które kiedyś widziałaś, a które tak dobrze opisują twój stan. Przebywania
w internetowej sieci wzajemnych zależności nie da się ot tak zrzucić, bo oplata cię
i uczy przeżywania w określony sposób i skrótowego nazywania tego co przeżywasz. Gdy reakcja grupy nie jest taka jak sobie wyobrażasz – pojawiają się myśli różnego koloru. Internet daje ci poczucie ważności. Rolka zawsze precyzyjnie ugryzie sedno twojego problemu. W żarcie czy nie, stajesz się ważna. To komunikat o tobie.  

III

Im bardziej chłonęłam analogowe interakcje z innymi ludźmi na terapii, tym wyraźniej dostrzegałam specyficzną więź, jaką wypracowałam sobie latami niskiej samooceny (nie żeby teraz była wyższa) z substytutem uwagi jaką zapewniał mi social mediowy głask po głowie. Sporadyczny, bo nie jestem ulubienicą bogów algorytmu, ale gdy już się pojawił, to rozpływał się po otworze gębowym niczym ulubiony smakołyk. A potem pojawiał się odruch wymiotny, bo wszystko wracało do punktu wyjścia. Świat
w internecie jest bezkresny, a przez to bezlitosny. Uwaga skapuje rzadko, ale jest na tyle uzależniająca, że dzielnie trwasz u źródła wodopoju, spragniona kolejnej kropli. 

Nie zauważyłam momentu, gdy akt nie przebywania w social mediach, który miał być tylko sposobem oczyszczenia głowy, stał się czymś więcej – drogowskazem pokazującym mi moje największe ciężary. Jednocześnie stopniowo się od social mediów odsuwałam i poznawałam ich prawdziwy wpływ na postrzeganie tego, kim byłam dla samej siebie.

Możliwość użycia 280 znaków w postach na twitterze/x miało ułatwiać szybkie wchłonięcie wiadomości na każdy temat. W praktyce często stawało się narzędziem presji jaką nakładają na ciebie tech brosi, by twój wpis był odpowiednio wycyzelowany, a przez to łatwiejszy do przemielenia na wszystkie strony. Niekoniecznie mądry. O tym, że kontrowersja sprzedaje się najlepiej, napisano już chyba wszystko. PS mój najpopularniejszy tweet do tej pory, to ten ze zdjęciem kibla
w kształcie czaszki okraszony super zabawną aluzją na temat srania do głowy. 

Instagram jakiś czas temu zmienił format publikowanych zdjęć. Kąt jaki złapiesz w kadrze musi być coraz bardziej precyzyjny. Nie jesteś całościową istotą ludzką, ale konkretną częścią ciała, która ma największą szansę na tak upragniony zastrzyk dopaminki. Dostępne filtry oferują ci różnego rodzaju możliwości upięknienia, poprawienia niedoskonałości, z których do tej pory nawet nie zdawałaś sobie sprawy.
A jeśli chcesz napisać coś ważnego, to musisz bardzo się pilnować, aby wyblurować nieodpowiednie słowa, które nie są godne takiej uwagi jak odpowiednio sprofilowana pod kątem wymagań aktualnego kanonu pupa.  

IV

Te dwie platformy towarzyszyły mi najczęściej, formułując schematy myślenia i zachowania, które zaczęły pękać dopiero wtedy gdy zaczęłam mówić. Gdy żywy człowiek i jego reakcje zaczęły rozpychać się w mojej głowie, spychając na drugi plan internetową kreację czy zdawkowe formy komunikacji. 280 znaków w pewnym momencie stało się moim przekleństwem, ciągłą presją myślenia o tym jak powinnam się tym razem sprzedać: na poważnie i treściowo, czy może jako nonszalancka snobka, która pali papierosy, ogląda francuską nową falę i rzuca żartami na prawo i lewo, niczego nie traktując poważnie? Jej znakiem firmowym jest dystans i wysublimowanie, które ma za zadanie skłaniać poddanych do aspirowania do czegoś więcej. To ona pisze najlepsze virale, ironicznie ujmuje rzeczywistość, wrzuca najbardziej wyszukane fotki swoich outfitów wyjętych prosto z moodboardu na pintereście. Nigdy się z nią nie zrównasz, ale staje się twoją manic pixie dream girl. Licznik lajków i komentarzy rośnie, grono adoratorów czeka na strzępki informacji, które tym razem poda.

Masz wrażenie, że jeśli nie sprzedasz odrobiny swojej osobowości, to nie masz szans być na jej miejscu. W pewnym momencie ta głęboko wypracowana kreacja zaczyna się rozmywać w twoich oczach. Pierwsze pęknięcie pojawia się gdy zaczynasz dostrzegać jak wiele z siebie musiałabyś okroić aby dosięgnąć tej uwagi, której tak bardzo pragnęłaś. Jednocześnie tęsknota za nią nie maleje. Szczególnie jeśli już raz ją poczułaś, trudno ją będzie odrzucić zdrowym rozsądkiem. Tym bardziej, że viralowe posty innych użytkowników nie przestają spływać. 

Instagram to piekło na ziemi, od którego tak ciężko się oderwać. Przebodźcowuje nas korowodem rolek i ilością zdjęć ciał, które mają ci uświadomić, jak bardzo odbiegasz od ideału, który sprzedaje się najlepiej. Prezycyjnie więc kadrujesz swoje najbardziej efektowne części ciała, dobierasz filtry, w końcu pamiętasz by nie patrzeć na swoją twarz za długo, bo zacznie się monstrualnie rozrastać w twoich oczach. Niby jesteś świadoma mechanizmów, którymi gardzisz, a jednocześnie będąc w prawdziwym życiu, zaczynasz postrzegać świat wokół ciebie w kategorii instagramowych kadrów, które może zapewnią ci ten zastrzyk dopaminki, który potem chwilowo potrzyma cię w chmurach, by w końcu brutalnie zrzucić na ziemię. Algorytm często pozostaje niezaspokojony. 

Nigdy nie byłam tak wzruszona, jak wtedy gdy po moim instagramowym coming oucie na temat pójścia na oddział dzienny spłynęło na mnie morze digitalowych, miłych słów wsparcia. Po serduszkach i wszystkich “trzymajsięmarta” dziś pozostało już tylko wspomnienie i głęboka potrzeba przeżywania życia w analogu, na bliskości, nie obligatoryjnych słowach, które w końcu pozostaną w internetowym niebycie. Do tych rozmów już nigdy nie wrócisz.

W najlepszym wypadku nadal pozostajesz trochę w potrzasku, bo mimo większej świadomości na temat uzależniającej mocy szybkiej dopaminki tkwisz między tymi światami. W końcu postrzegasz życie w określonych i realnych konturach, dotyku, zapachu i smaku, ale jednocześnie widmo piękna, bo tylko ono zaspokoi internetową niszczarkę, wciąż wisi nad tobą. Świat widzisz w kontekście tego jakie reakcje by wzbudził, śmieszne spostrzeżenia mielą się w twojej głowie, która ocenia je w kategoriach potencjalnych zysków w świecie tych internetowych bóstw. Niby przeżywasz, ale jakby wciąż w określonych ramach i wymaganiach. Jednak każdego dnia walczysz o to, by walutą, jaką odbierzesz za kolejne doświadczenie była jego namacalność, nie chwilowe ukojenie w świecie, który dokarmia cię w ramach zachcianki, tak byś ciągle była głodna jego resztek. 


Komentarze

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *